czwartek, 19 marca 2015

Mieć STYL. Ciekawie się ubierać. Niebanalnie.


Dzisiaj będzie trochę mojego gadania, bo temat jest ciekawy.
Ostatnio, w jednej z wiadomości na Facebooku, jeden z moich czytelników (pozdrawiam serdecznie!) zapytał mnie wprost: jak mieć własny styl. Wypracowany, niebanalny. Jak go znaleźć w sobie? Gdzie szukać?

Rzucam wyzwanie samemu sobie.
Od tygodnia myślę, jak ten temat ogarnąć przyzwoicie. Włączam zatem płytę Colour The Small One, bo przy takich dźwiękach mogę skupić myśli.

Szukać własnego stylu można całe życie. Nieliczni, naznaczeni bezgraniczną wyobraźnią i odwagą ( z pomocą miliona zer na koncie) mają to szczęście, że potrafią się ubierać w taki sposób, że inspirują innych i sami przecierają nowe ścieżki. Takim to dobrze!
Zwykły śmiertelnik musi kombinować. 

Moja miłość do ubrań zaczęła się w szkole podstawowej, ale w czasach dosyć trudnych do ubierania się. Lata 90te, wszechobecny kicz, kresz, tandeta. Królowały wtedy bazary, rynki, ciuchy z kartonów, z Tuszyna, na tamte czasy to było Eldorado modowe. Ograniczony finansami rodziców nie mogłem szaleć, bo nawet nie było gdzie. Najważniejszy jednak był dla mnie kolor. Do czasów studiów nie miałem ani jeden czarnej rzeczy w szafie. Kocham kolorowe ubrania, chociaż z wiekiem nauczyłem się te kolory łączyć i mądrze ograniczać, by nie wyglądać jak tęczowy konik Pony.

Mój styl to: Kolor!

Z kolorami trzeba uważać. Pisałem już kiedyś, że nie ufam i nie wierzę kolorystkom, bo one tylko mieszają w głowie i ograniczają wyobraźnię, ale dobrze jest nauczyć się własnej palety barw. Stworzyć sobie i w sobie, dla własnych potrzeb takie kolory, w których:

1. czujemy się dobrze

2. wyglądamy dobrze

Ja czuję się dobrze w bordo, kolorze granatowym, zielonym. Gdybym trzymał się jednak tylko tych 3 kolorów wyglądałbym ciągle tak samo, panowałaby na mnie i we mnie ciągła jesień, bo ta pora roku kojarzy mi się właśnie z takimi barwami. Co robię zatem? Przełamuję wielką trójcę bielą, czerwienią, szarością. Do bordowej bluzy zakładam szare spodnie, kupuję koszule w kratę granatowo-czerwoną, a nawet do zielonych spodni noszę miodowo-żółtą bluzę. Kieruję się zasadą : 2 kolory wiodące i 1 jako dodatek. Aby nie przesadzić, by nie wyglądać śmiesznie.

Poszukiwanie własnej palety barw nie jest łatwe. Potrzeba na to sporo czasu. Są tacy, którzy kochają tylko czerń i biel i za żadne skarby nie przekona się ich do czegoś innego. Nic na siłę. Skoro ktoś czuje się dobrze tylko w szarości, niech tak się nosi. Tylko w tym przypadku trzeba pomyśleć nad formą. Ale do tego zaraz dojdę.

Najważniejsze jest patrzenie na kolory. Idź do sklepu, załóż ciemne jeansy (to baza, która będzie tłem do rzeczy blisko twarzy, bo to właśnie w tym rejonie zwracamy uwagę na barwy), a potem przymierzaj i patrz uważnie. Jeśli założysz czerwoną bluzę i nagle na twarzy zrobisz się czerwony jak burak, wyjdą na wierzch wszystkie przebarwienia, zaczerwienienia, to znaczy, że czerwieni nie możesz nosić. Ale nie możesz jej nosić przy twarzy, bo np. w czerwonych trampkach będziesz wyglądać stylowo i ciekawie. Załóż teraz biały t-shirt i popatrz na siebie. Niby zestaw klasyk! Ciemne jeansy i biały t-shirt. Jednak coś nie gra, twoja twarz stała się blada, cienie pod oczami widać bardziej. Nic straconego. Zarzuć na siebie granatową bluzę.

Tak to właśnie wygląda..Trzeba patrzeć i kombinować. Niektóre kolory przenosić z dala od twarzy, a niektóre wystarczy tylko lekko niwelować, tworzyć warstwy.
Ważne! Unikaj na początku wzorów. Obecne trendy zalewają nas grafikami, wzorami, ogrody Semiramidy wchodzą nawet z majtek, ale by dobrać odpowiednie barwy warto powstrzymać się przed szaleństwem. Na to przyjdzie czas.

Znasz już swoje kolory. Warto teraz pomyśleć szerzej. Będzie przykład:

Mam 30 lat i muszę być ze sobą szczery. Brutalnie szczery. Jestem w wieku, w którym po prostu nie przystoi ubierać się w rurki super slim, oversizowe bluzy z wizerunkiem Ulicy Sezamkowej i do tego nosić kolorowe bransoletki. Nie jestem jednak jeszcze tak stary na kaszkiety, marynarki, spodnie w kancik. Nie chcę wyglądać śmiesznie. Staram się przemycać w moim ubiorze niektóre "młodzieńcze" fascynacje, ale są to raczej dodatki, elementy, a nie podstawa stylizacji. Kocham czapki z daszkiem i śmiało zakładam je do wełnianej kurtki dwurzędówki. Kolorowy, gumowy zegarek założę do całkowicie czarnej stylizacji, a czerwone trampki pasują mi do zielonej kurtki-parki. Do czego piję? Do adekwatności z odrobiną szaleństwa. 

Forma. Ubrania zawsze mają jakąś formę. Nawet jeśli są to ciuchy z bazaru, to i tak jest to jakaś forma. Najważniejsza w tym wszystkim jest świadomość własnej formy, własnego ciała. To chyba najtrudniejszy element budowania swojego stylu. Samoświadomość. Pokonywanie kompleksów, bezgraniczna szczerość przed sobą, przed lustrem. Jeśli patrząc w lustro nie masz wewnętrznego orgazmu, to bardzo dobrze. Nie musisz mieć, narcyzm jest uciążliwy. Każdy ma kompleksy, ale ważne, by je znać, oswoić. Nie ma jednej, właściwej metody na ciało. Każdy ma inne i do każdego trzeba podejść indywidualnie.

Wybieraj formy, które nie szkodzą Twojemu ciału. Staraj się nie patrzeć na siebie i nie mówić od razu: Nienawidzę moich nóg, są krzywe! Mam wystające obojczyki, nie lubię ich! Z takim podejściem najlepiej od razu wejść pod koc i nie wychodzić z domu. Popatrz na siebie i postaraj się znaleźć 5 pozytywnych elementów swojego ciała, które polubisz, albo już lubisz. Ja polubiłem moje krzywe palce u dłoni, wysokie czoło, dosyć płaski tyłek, pogodziłem się z moim ciałem, które od 5 lat nie widziało siłowni. Chciałem się z tym pogodzić, bo zdałem sobie sprawę, że życie jest za krótkie (straszny truizm, ale prawdziwy), by patrzeć na siebie w lustrze i płakać nad sobą, wkurzać się, że ma się męskie małe cycki, a nie klatę jak z obrazka. Wiem, to nie jest łatwe. Każdy dojrzewa do tego w swoim czasie.

W ubraniach lubię formy plastyczne. Koszule dopasowane do sylwetki, w których koniecznie muszę podciągać rękawy do łokcia, bluzy, które zakończone są ściągaczem, sportowe marynarki z dzianiny, spodnie z odrobiną elastanu. Każdy jednak lubi coś innego. Nie zmuszaj się jednak do bardzo odjechanych form i fasonów. Założysz to raz, dwa i potem rzucisz na dno szafy. Jeśli o czymś bardzo marzysz, to kup to, ale niech to nie będzie podstawa Twojej garderoby, by z szafy nagle nie zrobił się cyrk.

Znasz już kolor, znasz swoje ciało i teraz dopasuj formy dla siebie. Zjedz lekki obiad, weź butelkę czegoś do picia i idź do sklepu. Nie od razu się uda, pewnie będziesz musiał odwiedzić kilka miejsc i spędzić pół dnia w przymierzalniach. Nikt nie powiedział, że to takie proste, ale pamiętaj, że zawsze musisz czuć się przyjemnie, gdy tylko stracisz humor wyjdź i spróbuj innego dnia.

A ja w następnym tekście zajmę się miejscami, które warto odwiedzić i podpowiem, co na pewno warto kupić, by krok po kroku budować własny styl.

1 komentarz:

  1. Świetny post. Znalezienie własnego stylu nie jest proste, zajmuje sporo czasu - ale to dobrze, bo tylko czas potrafi zweryfikować czy to co podobało nam się w momencie zakupu, rzeczywiście do nas pasuje. Wydaje mi się, że nie ma co na siłę szukać stylu, on przychodzi sam, przenika w nas z różnych rzeczy którymi się otaczamy, z tego co oglądamy, czytamy, gdzie chodzimy itd.. Trzeba tylko mieć otwarty umysł i od czasu do czasu pomyśleć, przefiltrować to wszystko co do nas dociera :)

    OdpowiedzUsuń